Archive for January, 2010

No i znowu zniknelam :)

Ja chyba po prostu nie potrafie regularnie pisac. Z drugiej strony jak sie uzbiera kilka ciekawostek to i mam o czym pisac.

Na czym to ja skonczylam? Aaa, rzucalam palenie. No wiec, palenia nie rzucilam, ale powod do dumy i tak mam - pale o polowe mniej niz zwykle. Za to teraz ze swiadomoscia, ze niedlugo i to sie skonczy delektuje sie kazdym papierosem do bolu. Nie chodze “na papierosa” z osobami, ktore mnie denerwuja - to moja chwila i wykorzystuje ja tak milo jak sie da. Najczesciej ze sluchawkami na uszach, zeby nikt mi dupy nie zawracal :)

***

Od dwoch tygodni jestesmy na diecie. Nie Montignac jak wczesniej, ale na tej bazie. Efekty calkiem mile, a i jedzenie smakuje jak nalezy - nie liczac poczatku diety kiedy to maltretowalismy sie gotowanym kurczakiem i twarozkami - na samo wspomnienie przechodza mnie dreszcze. Moze jak sie zima skonczy to wroce do wrzucania tu ciekawszych przepisow. Ale najpierw niech sie ociepli. Z racji pogody moje czynnosci zyciowe ograniczylam do minimum, a i tak mam wrazenie, ze to jeszcze za malo. Jak ja bym chciala byc misiem….ech…

***

Pomniejszyla nam sie ostatnio rodzinka o sztuk jeden. Ktoregos ranka Oliwia nas poinformowala, ze Miodek jakos dziwnie spi. Okazalo sie, ze swinka poszla spac na dobre. Zaloba w domu, wszystkim smutno. Tym bardziej, ze byla to nasza ulubiona swinka - ta z charakterkiem.

Na szczescie Oliwia zniosla to calkiem dobrze, poza ogolnym smutkiem i delikatna tesknota. Bardziej przerazila ja mysl, ze skoro tyle razy gadalismy, ze kiedys usmazymy swinie na obiad, to pewnie wlasnie przyszla pora zjesc Miodka. Coz to byla za ulga dla Mlodej jak jej obiecalismy, ze nie bedzie jej jesc. Szczesciara. Rodzice podali mi kiedys do zjedzenia pasztet z mojego ukochanego krolika. Na szczescie dowiedzialam sie o tym po paru latach, co nie zmienia faktu, ze pasztet byl boski.

***

Tak w skrocie to tyle u nas. Na koniec szczerbata mordka:

luka

i link do nowych zdjec. KlikKlik

Szczesliwego Nowego Roku!

Nowy Rok i te durne noworoczne postanowienia. Kto to wymyslil? I dlaczego do cholery my to kontynujemy?
No tak, sama jestem sobie winna. Zaplanowalam i trwam w postanowieniu, co by nie zawiesc samej siebie i nie wystawic sie na wredne zarty ze strony kolegi Malzonka.
A guzik, wcale nie ja jestem winna. To on. Zachcialo mu sie chorowac. Jakies trzy tygodnie temu przywlokl do domu chorubsko i rzucil palenie, bo mu podobno kaszel palic nie pozwalal. Terefere, taka przykrywka, zeby mi zrobic na zlosc. Doskonale wiedzial, ze jak on rzuci palenie to wczesniej czy pozniej
tez pojde w jego slady. No i jestem tu i teraz. Lapy mi sie trzesa, nie wiem co z nimi zrobic, a w glowie mam “kiepy i zapalki” - doslownie i w przenosni.
Mam tu kogos na oku, komu chetnie rzucilabym sie do gardla, ale… Kolega Malzonek zabronil. To siedze sobie cichutko u siebie i burcze pod nosem. Czasem warkne glosniej, dzieki czemu moja niedoszla ofiara trzyma sie dzis ode mnie z daleka. Jego szczescie.
Dwa tygodnie temu zrobilam sobie piekne zelowe paznokcie. Trzy mi odpadly, ale reszta wciaz byla piekna…do wczoraj.
Wczoraj, czyli “dnia pierwszego” zerwalam pozostale siedem. Dzis zeskrobuje zebami resztki. Najchetniej uzylabym zebow zeby zrobic komus krzywde, ale nie wiem czy to przejdzie bez echa (Malzonek moglby cos zauwazyc). Dobrze, ze mam chociaz te resztki zelu na resztce paznokci.

To takie napiecie przedmiesiaczkowe, tylko jakies 50 razy mocniej.

Rada na dzis i jutro dla otaczajacego mnie swiata: bez kija lepiej nie podchodzic, a w sumie to kij i tak niewiele pomoze.